niedziela, 27 marca 2016

~Rozdz. 2~

~Każdy ma w życiu cel...~

~Per. E. Jack~

W życiu musi być ten pierwszy raz gdy przeciwstawiasz się władzy losu. Gdy robisz coś czego nigdy nie robiłeś. Próbujesz nowych smaków. Dziś po raz pierwszy ja i Jeff musimy przełamać się w udać do miejsca od którego zawsze stroniliśmy. Do Psychiatryka. Miejsca pełnego samobójców i osób ze stwierdzonymi zaburzeniami osobowości. Kto by mógł pomyśleć że to myśli seryjnego mordercy. Jednak oboje mamy świadomość wspólnego celu. Musimy zlikwidować świadka. Na samą myśl o tym iż dostajemy szansę na bezkarne odebranie życia nie winnej dziewczynie, na wpatrywanie się w jej ostatni dech i powoli ustający rytm serca. Czuję dreszcze przechodzące od kręgosłupa w dół. Czekając na mojego drogiego kompana oglądałem zdjęcie ofiary. Była to dziewczyna o długich karmelowych włosach które gdzie nie gdzie przechodziły w fale. Niby nie widomy a jednak wiem. Zawsze mogę zapytać innych co jest na zdjęciu, prawda? Oczy nacechowane były zarazem szarością pochmurnego nieba, a przechodziły w leśny busz. Błyszczały niczym gwiazdozbiór na niebie, a szereg śnieżnych zębów raził swą bielą. Wargi były koloru dojrzałych malin. Wykłócałbym się  z koniecznością zabicia takiej istoty gdyby nie to że nas widziała. Jest nie chcianym świadkiem którego należy natychmiast usunąć z drogi w taki czy inny sposób. Zmarszczyłem brwi. Jak to możliwe by taka istota trafiła do miejsca tak obskurnego jak to. Podniosłem 'wzrok' na budynek psychiatryka który nie grzeszył nowością. Tynk i elewacja ze sobą nie współgrały, a kolor biały wręcz odstraszał ludzi od siebie.  Ktoś klepnął mnie w ramię. Wystarczył jeden ruch bym wiedział kto to, jeden wdech powietrza otoczonego jego zapachem. Woods.
-Jack?- Zapytał swych ochrypłym od ekscytacji głosem.- Idziemy?- Zapytał. Gdybym miał zgadywać jego błękitne oczęta błyszczały niczym u podekscytowanego szczeniaczka.
-Jeff... raczej łatwo będzie wejść do psychiatryka....- Po chwili ciszy dodałem.- Gorzej będzie z wyjściem....

~Per. Jessi~

Po upłynięciu dwóch godzin wreszcie łaskawie pozwolili sobie wypuścić mą osobę.Okropny ból przenikał me ciało do szpiku kości, mrożąc swymi nie zgrabnymi dłońmi me ciało. Od tych starych i nieetycznych, skórzanych pasów zostaną mi blizny i sińce.  Zilustrowałam chłodnym wzrokiem szczupłe nadgarstki skąpane w dziecięcym różu. Dolna warga drgała w niemym tańcu rozpaczy a wzrok zeszklił się w mym pokoju gdzie zauważyłam coś dziwnego na mej gładkiej skórze. Czy... to... Wysypka...? Złotawo bursztynowe plamki wielkości pięści prezentowały się nagannie na mej skórze. Były wręcz ohydne i odrażające.
-Co to jest?- Krzyknęłam a w mym głosie mieszała się irytacja i dezorientacja.  Pod wypływem mych piskliwych i wyniosłych wrzasków zjawiło się całe stado pożal się boże lekarzyków z nijakim pojęciem o leczeniu. Biel ich fartuszków działała na mnie tak drażniąco jak uporczywa rurka w gardle podczas płukania żołądka.
-Cóż się z nów dzieje panno Adler?- Zapytał jeden z kółka różańcowego z głębokim oburzeniem i irytacją, tak jakby to że moja skóra tak reaguje na ich nieodpowiednie metody leczenia.Jego głos dotarł do mych bębenków.  Z resztą... są tu po to by mi pomóc wyjść na prosta a nie krytykować każdy ruch w którą kolwiek stronę. Tu nie ma dobrych i złych, są tylko schizy i lekarze. My to ci źli a oni ideały.
-Ja.... ja... Wysypka!- Wywijałam swymi przegubami przed twarzyczkami zniesmaczonego personelu. Ci jedynie westchnęli głęboko i beznamiętnie.
-Stan alergiczny.- Postawił diagnozę doktorek o platynowej barwie włosów. Był dość... charakterystyczny. Długi, szpiczasty nos i wąskie ustka. Przejechał dłonią po swej nie banalnej fryzurze.- Przenosimy ją do izolatki.- Postanowił na co reszta bez cienia wątpliwości przystała. Nikt nawet nie skomentował idiotycznej decyzji doktorka. Wszyscy chcieli się pozbyć problemu. Na mej twarzyczce wykwitł nikły cień uśmiechu. Szczerze? Ucieszyłam się jak malutkie dziecię które dostało kolorowego lizaka w swe małe, zgrabniutkie rączki. Izolatka, izolatką lecz spotkam Julię! Te tłumoki nie wpadną na pomysł by naz rozdzielić. Zbyt wiele zachodu, lepiej mieć dwa problemy obok siebie i z głowy. Izolatka z Juliom to zupełnie inna bajka....

~Per. Julka~

Nie, nie, nie! Mam dość tych monotonnych ścian o barwie dorównującej puchowej kołdrze która okrywa świat w mroźne dni gdy gwiazdy wykwitają niczym pąki najwspanialszych kwiatów na niebie.  Ścian splutych krwią schizofremików. Doprawdy moja główka nie ma żadnych zbytecznych towarzyszy. Jestem całkiem normalna! Próbowała sobie wmówić z całych sił. Dlaczego więc usiłują zrobić z mej osoby dziewczę o niespełna rozumu?! Usłyszałam charakterystyczny dźwięk otwierania starych mosiężnych drzwi. Czyżby już nadeszła pora obiadu? Czy czas tak szybko biegnie? Swoją droga długo na czerstwym chlebie i krystalicznie czystej wodzie nie wytrzymam. Odkąd zostałam osadzona w tym więzieniu z zaostrzonym rygorem moje nastoletnie ciałko zmizerniało. Figura utraciła kilka swych kilogramów, skóra przybrała odcień chorobliwej szarości a włosie na mej główce utraciło swą jędrność i krystaliczny połysk.
-Masz koleżankę do towarzystwa.- Rozległ się straszliwie gruby ton głosu przeszywający mię dogłębnie. Jego mroczna barwa paraliżowała me serce, usilnie starając się powstrzymać jego bicie.  Może to nowa, nieświadoma życia w psychiatryku osobistość którą trzeba nauczyć jak się obracać w tym chorym towarzystwie? Nie dane było mi nad tym rozmyślać, bo do pomieszczenia wepchnięta została jakaś panna, która prze nie uwagę bramkarza upadła na kolanka kryjąc twarzyczkę w burzy włosów.  Zmarszczyłam brwi podpełzając do istoty. Okazało się iż była to Jessica. Jak oni mogli... jak śmieli tak traktować pacjentów? Czy my wyglądamy na puste marionetki? Lalki bez uczuć i ruchu w swych kończynach? Jesteśmy tak żywymi istotami jak oni sami! Równie dobrze ja mogłabym ich tak katować w swym życiu za najmniejsze przewinienie. Gdy znalazłam się obok niej oszacowałam stan zdrowia dziewczyny, po chwili jednak nie stwierdziła żeby jak kolwiek na nim ucierpiała. Zszokowana przy uwarzyłam na jej ustkach odcień tryumfu.
-Mój geniusz zadziwia mą osobę z dnia na dzień coraz bardziej.- Zarzuciła cieplutko, po czym przelotnie omiotła wzrokiem mą postać. Ja również zilustrowałam ją wzrokiem przybierając pytający wyraz twarzy z niemą prośbą o wyjaśnienia. Skrzyżowałam ramiona i wyczekiwałam odpowiedzi.
-Powiem tak... Pasta do zębów jest naprawdę uniwersalna.- Pokiwałam głową z aprobatą.
-A Oral-b czy Cologate?- Mruknęłam ironicznie obrzucona spojrzeniem czarnowłosej. Ułożyłam ustka w pytanie 'No co?' wzruszając ramionami. Westchnęła a ja przewróciłam teatralnie oczyma na myśl o jej pomyśle.
-No, ej! Nie każdy wpadnie na pomysł by z pasty stworzyć sztuczną wysypkę w celu dostania się do przyjaciółki. Masz szczęście że przyjaźnisz się z takim geniuszem jak ja.- Zawsze skromna. Puściła mi oczko z pod wodospadu naturalnie ciemnych rzęs.
-Wariatka.- Wypowiedziawszy te sympatyczne słowa wtuliłam się w tkaninę bluzki przyjaciółki.

środa, 23 marca 2016

~ Rozdz. 1~


                                                       ~Wcale nie tak jak z bajki...~

Cienista łuna półmroku otuliła swymi delikatnymi ramionami  wszelaką dobrą materię. Panika ogarnęła cały świat ludzki niczym najsłodsza melodia pozytywki z dziecięcych lat. Krystaliczna biel działała kojąco na umysły strudzonych żywotem   pacjentów.   Julia której ciało należało obecnie do magnetycznej woni   Morfeusza błądziła niczym zbłąkany duch po zawiłych kręgach labiryntu wspomnień, rozpaczy i koszmaru.  Cieniste wątłe postury postaci, ogłuszający i zniewalający pod swą siłą wybuch, krwiste ślady zbrodni, ofiary rozczłonkowane na tysiące kawałków, później kompletna nicość.... Coś na kształt paraliżu wszystkich kończyn. Przerażająco dławiący i ledwo pompujący ból serca, dławiące duszności, jakby ciemność zebrała się i swym poręcznym łapskiem chwyciła za kark i ściskała. Majaczenie nie kształtnych  kawałków historii swego żywota. Równie bezsensownej w danej chwili co użytecznej. Rozpalone i zaczerwienione od wysokiej gorączki lico. Do tego brak jakiejkolwiek reakcji ciała na stan przestrzeni. Istna niemoc... Och, jakby ta Carmelowo, Kasztaowo włosa chciałaby unieść swe dorównujące wagą ołowiowi powieki ku błękitowi nieba zasłoniętego szarością sufitu. Byle jak najdalej od nie wyobrażalnie druzgocącej krainy swej podświadomości. Unieść skrzydła i wznieść się ku niebu rozkoszy. Cienie które swymi powabnymi ruchami niczym w pantomimie nakazujące podążać za sobą... Nie, nie nie! Znów opowieść zatacza krąg. Każde ciało, każdy odłam. I Julia, czująca wewnątrz swego ciała jak każda z tych udręczonych dusz odchodzi. Czuła każdą śmierć. Dawały jej one nowe siły by przeżyć to ponownie, i ponownie. Historia która nie ma końca... W umyśle tylko jedna fraza....
W koło raz po raz stoję w miejscu spędzam dni nienawiść dręczy mnie od agonii dawno już mnie mdli.  I znów to samo....
-Zbudź się! Proszę Julka!- Z krtani brunetki o nieco ciemniejszym odcieniu zabarwienia odbył się krzyk próbujący przywołać dziewczynę do porządku. Ciało Julii wiło się w spazmatycznych konwulsjach co nie pomagało brunetce z której ciemnych oczęt spływały łzy niczym oszalałe. Przypominały one malowniczy wodospad Niagary. Niestety widoczny na twarzyczce panny ból niweczył wszelkie nadzieje na szybkie wybudzenie z monotonii koszmaru. Zroszone potem czoło jednej z pacjentek połyskiwało w bladym świetle jarzeniówek.  Usta zwinięte w bladą ledwo zauważalną i wąską kreskę,  przymknięte na głucho powieki. Dlaczego jej przyjaciółka musiała przeżywać takie katusze? Zagorzałe emocje powzięły panowanie nad ciałem ciemnowłosej. Jessica chwyciwszy śpiącą za barki, zaczęła wstrząsać towarzyszkę za szczupłe ramiona. Jednak mocne wstrząsy nie zmieniały tragicznego stanu dziewczyny. Czy to już koniec? Czy tak ma się skończyć żywot Julki? Przecież dziewczyna oddycha. Co prawda nie dość rytmiczne co w przypadku nadmiaru adrenaliny jest wskazane, ale jej klatka piersiowa unosi. się.
-Obudź się!- W czaszce nastolatki krążyła wciąż ta sama niema prośba. To zdanie wręcz rozsadzało ją od środka. - Ratunku! Ratunku!- Jessica nie chętnie przystała na zawołanie pomocy lekarskiej. Kilkoro osób z personelu szpitala psychiatrycznego wtłoczyło się do pomieszczenia w swych śnieżno białych kitelkach. Odciągnęli Jessicę od ciała przyjaciółki i wbrew jej wolnej woli wpięli ją w mocarne i skórzane pasy bezpieczeństwa, tak jakby ona stanowiła zagrożenie nie tylko dla swej osoby, ale także oddziału który zajmował się Julią. Dziewczyna ta dość niekonwencjonalnymi sposobami lekarzy została wybudzona ze stanu letargu i odprowadzona do oddzielnej izolatki która  pomieścić mogła  dwójkę pacjentów. Według swych samolubnych mniemań sądzili iż tam ona będzie pod lepszą kontrolą.

~ per. Jess~

Części mego ciała takie jak przeguby, staw skokowy, kolana, brzuch czy ramiona poczerwieniałe były od szorstkiej powłoki nie zbyt wygodnego pasa. Skórzany materiał powodował że ma skóra płonęła żywym ogniem ujawniając w ten sposób masę zranień. Mój wzrok przeniósł się  na szarość sufitu tego pożal się boże psychiatryka. Czuję się tu zamknięta niczym ptak w klatce. Bo jeśli ktoś zaznał już wolności to dołoży wszelkich starań by powrócić w jej przyjazne objęcia. Wszystkie mięśnie w moim ciele rozluźniły się, mięśnie między żebrowe zdawały się pracować z podwojoną siłą unosząc klatkę piersiową w rytmicznym układzie góra, dół. Ustka otwarły się i nabrały spory haust zduszonego przez zaduch powietrza. Zamknęłam  je by po chwili otworzyć patrząc na zjawisko które dosyć często mam okazję ujrzeć. Ujrzałam Go. Smolista postać wyglądała tak jakby okrywała ją peleryna z delikatnej mgiełki, z moczarów i bagien.  Tęczówki bezbarwne i ziejące ogromną pustką bez uczuć, tak jakby całe serce istoty wykonano z tego samego tworzywa co jej konsystencję. Dość złowrogi wyraz twarzy przyprawiał o dreszcze przechodzące przez całe ciało istot które miały zaszczyt ujrzeć atrybuty tego monstra. Demon. Zesłaniec z mrocznych i ognistych czeluści piekieł. Arystokrata z czarnym jak bazalt i nieskruszonym serce nie czującym nic oprócz żądzy zaspokojenia własnych potrzeb szukający deski ratunku nawet pośmiertnie. Przez pewien czas sądziłam że dręczą mą biedną główkę omamy, jednak teraz upewniłam się  w przekonaniu iż to nie zwykłe mary zesłane przez mój udręczony życiem umysł. Halucynacje... nie, nie, nie. To rzeczywistość. Od dnie mego poczęcia, dnia narodzin ciągle się to powtarza. Widzę to czego człowiek przy zdrowych zmysłach i samozachwycie swą osobą nie widzi. Widok zachłannych duszyczek, zesłańców samego Lucyfera. Przeklęte dusze zmuszone do penetrowania ziemi do dnia kresu swego. Objęci patronatem samego szatana! Lucyfer niczym brat bliźniak trwa prze mej osobie odkąd sięgam pamięcią. Nie potrafi odstąpić mnie nawet na krok by  nie pokazać mi swego dzieła i nowej duszy uwiązanej na cieniutkim łańcuchu grzechu. Czyżbym skazana była na żywot wśród zmarłych? Czy nie wystarczy być żywym by się obudzić? Ja jestem jak najbardziej żywa czego nie mogę powiedzieć o tychże jegomościach. Czym taka istotka jak ja zasłużyła se na to przekleństwo pod postacią złudnego daru? Czy moi rodziciele bez mej wiedzy podpisali cyrograf na mą nieśmiertelną duszyczkę? Czy przez ich błędy ponoszę teraz karę? Czy nie mogłabym jak moi rówieśnicy odznaczać się nijak w tym szarym świecie? Czy to zbyt wiele jeśli pragnę być normalną istotą żyjącą wśród innych? Czy dane mi być normalnym człowiekiem? Niestety los pozostawił mi tę zagadkę bez wszelakiej odpowiedzi....

~Per. Julka~

Pomieszczenie izolatki kształtem porównać można było do prostokątnego kartonika po mleku. Prycze i inne przedmioty humanitarne były niczym płatki pływające po mleku, które z dnia na dzień coraz bardziej obojętniały w mych oczach. Byłam tu kilka razy i zawsze odprawiałam pantomimie tego samego rytuału. I pomyśleć iż czeka mnie ekscytująca powtórka z tejże rozrywki. Idealnie... Po raz kolejny zostałam wpędzona do klatki niczym zniewolone dzikie zwierze które nigdy nie zobaczy rodzimej ziemi. Nie dotknie bosymi stopami gładkiej grudki ziemi. Położywszy się na dość twardej pryczy owianej tylko w skromnie prześcieradło i poduszkę pod głowę przyglądałam się krystalicznej bieli sufitu oplatanej różnorodnymi wzorami pęknięć tej zabytkowej elewacji. Poprzestałam na to i jeszcze spokojniejszym wzrokiem wpatrywałam się w welfron. Krople powoli kapały do plastikowego wężyka  który łączył się z mym ciałem doprowadzając do niego leki. Czas zwalniał jak moje myśli tego chciały, albo pędził. Cz to tylko gra umysłu? Rzecz biorąc muszę cały czas grać na pokaz, ukryć żal tak by nikt go nie dostrzegł. Leki te najpewniej należały do rodzaju tych uspokajających ponieważ me ciało zalała fala wyciszenia pozostawiając kołaczące bez odpowiedzi pytania na pastwę losu. Wszelakie problemy odeszły w siną dal.... błogość i relaks którymi mnie tu tuczyli dawała się we znaki. W mym mniemaniu brakuje jeszcze piaszczystej plaży z kamyczkami i różnobarwnymi muszelkami, ciepłych muśnięć Heliosa, rozkołysanych morskich fal i drinka z kolorową parasolką. Swoją drogą zastanawia mnie czy będzie mi kiedykolwiek dane znów ujrzeć blask dnia, jego świt i zmierzch, tarczę  srebrzystego księżyca w pełni. Jedyne jednak co mi zostawili to gumowa piłeczka, myślą pewnie iż działa na mnie od stresująco w tak niedogodnej dla mej osoby chwili. Odbijałam ją od bielutkiej ściany pod takim kontem by powróciła do mej ręki zostawiając za sobą tylko przytłumiony odgłos odbicia. Głośne wdechy panowały w mym ciele. Zamknęłam oczy i rozkoszowałam się chwilą wolności od nadąsanych piguł nie mających pojęcia o prawdziwym zajmowaniu się pacjentem. Dla ich osoby priorytetem była filiżanka gorzkiej kawy i ploteczki z innym personelem. Zerknęłam na jedną z mych ulubionych ścian. Zazwyczaj mówiłam o niej ściana liczb. W wielu filmach widać jak skazańcy liczą czas spędzony w więzieniu. Tu rzędy kresek przekreślonych czy prostych nikogo nie wzruszały. Nikt nie wpadł też na pomysł by ów ścianę odrestaurować. Zapewne nie ma funduszy jak zwykli mawiać lekarze. Traktują nas jak gorszych, jak downów i myślą że nie widzimy jak na nas żerują?! Pieniądze państwowe nie powinny iść na ich prywatne korzyści lecz na dobro ogółu. Krew mnie zalewa gdy widzę posturę pulchnego doktorka który zwykł nas prowadzić na swe 'sesje terapeutyczne' w swym gabinecie. Zamknęłam oczy w dalszym ciągu odbijając piłkę. Głuch odgłos mieszał się z eterem, me ciało wyczuło jak i umysł pewną zmianę w otoczeniu, jednak powieki nadal trwały w zamknięciu. Powietrze zgęstniało i gwałtownie obniżyło swą temperaturę. Nic nie zwykłego, jednak nie jestem już sama w tym pomieszczeniu. Zamknęłam  oczęta mocniej. Nie! Nie chcę ich widzieć. Zapach stęchlizny dotarł do mych nozdrzy kiełkując tam powoli. Fuj! A jednak to dla mnie normalne. Adrenalina mieszała się ze składem środka usypiającego co niwelowało jego działanie.
-Odejdź....- Szepnęłam cicho, mój głos zdawał się brzmieć przestrzennie. Uniosłam rękę i czas jakby staną w miejscu. A może stanął? Czy to możliwe by za ruchem dłoni stała jakaś niewidzialna siła która dawała mi panowanie nad czasem i przestrzenią?- Proszę... chcę być normalna daj mi spokój. - Zimne powietrze delikatnie musnęło moją dłoń po czym zaczęło się cofać przywracając poprzedni stan rzeczy. Mam nadzieję że nikt  tego nie widział. Mam szansę stąd   wyjść na stałe i nie chcę tego zmarnować z powodu omamów z jakimiś duchami. Omamy? Sama nie wierzę że tak pomyślałam jednak dla dobra swej osoby... Muszę grać. Jeśli będę cicho wypuszczą mnie z tego karceru. Moim celem jest wyjście z tego koszmaru.....



czwartek, 17 marca 2016

Prolog

Ogniste snopy porannego blasku jutrzenki owiały wątła figurę brunetki chrapiącą cichutko pod przewiewnym materiałem aksamitnej kołdry. Helios okazał się w całej swej okazałości budząc się i wszystkie ranne ptaszęta do życia. Istotka powoli otarła oczy ścierając resztki tajemniczego snu który zaprzątał jej główkę tej nocy. Nocy której prawie nie przespała. Kolejnej nocy która pozostawiła ślad na jej twarzyczce w postaci ciemno fioletowych cieni pod szklanymi od rozespania oczyma. Kto by zmrużył oczęta w miejscu tego pokroju? Kątem oka zerknęła na łóżko współlokatorki. Jessica obrócona tyłem do wstającego dnia spała w najlepsze. Jedynym znakiem obecności jej osóbki było wybrzuszenie o kształcie istoty ludzkiej z pod kołdry. Czas zdawał się płynąc leniwie i błogo. Ale nie tu. Jedno słowo psuło cały nastrój i odbierało chęć do życia. Psychiatryk. A co z tym się wiąże nie pełnosprawność umysłowa. Korzystając z chwili wolności dziewczyna wysunęła blade stópki na zamszowy dywan i ruszyła spokojnym, miarowym krokiem w kierunku wspólnej łazienki. Gdy się tam znalazła osunęła z siepie tkaninę piżamy i weszła do kabiny prysznicowej.  Niby psychiatryk a jednak całkiem dobre warunki im tu sprzyjają. Prysznic bowiem zawierał wiele opcji które ujmowały pracę rąk. Jeśli się kliknęło odpowiednią z nich, twoje ciało pokrywało się żelem o wybranym aromacie. Tablica zawierała tyle guzików że trochę czasu upłynęło nim poznało się wszystkie z opcji, jednak przydaje się to w życiu. Dziewczyna wspomniała pierwsze używanie przez siebie tego urządzenia. Omylnie ustawiła je bowiem tak, że oblała ją wrząca woda od stóp do głów co zakończyło się piskiem dziewczyny. Dziś jednak postanowiła wybrać swą ulubioną opcję. Gdy jej ciało zrosiła delikatna ciecz kliknęła blado błękitny guzik co poskutkowało nałożeniem na jej ciało beżowej pianki którą zeskrobywać trzeba gąbką. Po zaschnięciu bowiem była nie do ściągnięcia. Pomaga to przy myśleniu, a wręcz pobudza szare komórki i organizm ze snu. Może w spokoju przemyśleć, przeanalizować każdy akt swego życia. Scenę która zmieniła jej życie. To co sprawiło że znalazła się  w miejscu takim jak to. Zwykłe nieporozumienie które dało jej nowe doświadczenia. I zasadę którą w sercu objęła za mantrę. Nie ufaj nikomu kto był wobec ciebie fałszywy choć raz. Uśmiechnęła się na myśl że od lat wie iż taka osobą nie jest jem współmieszkanka. Analizowała każdy szczegół który jej umknął i choć robi to zawsze odkąd tu trafiła, zawsze znajduje nowe fakty. Skupiła się na jednym celu. Przypominała sobie ów feralny dzień...

~~~~~ Trzy miesiące wcześniej~~~

-Jeszcze raz!- Rozległ się krzyk brunetki która ustawiła się z powrotem w swym rzędzie. Tłum grupy tanecznej wsłuchiwał się w każde jej słowo. I pomyśleć że to nie był jej pomysł. Nauczycielka  muzyki widząc jej zapęd artystyczny i talent poleciła jej naukę tańca. W prawdzie nie jest to profesjonalne studio, ale on nie umiem tańczyć.To właśnie powód dla którego tu przyszła. Dal muzyka i artysty koordynacja ruchowa jest równie ważna co sam  śpiew czy gra aktorska.  Gdy usłyszała o tym że przez znajomych, sztucznych przyjaciół ze studia została kapitanem drużyny zawiadomiła o tym przyjaciółkę. Jessica zawsze wspierała swą przyjaciółkę, którą traktowała jak siostrę. Trochę nadpobudliwą i bardzo zwariowaną. Niestety jedną z cech dziewczyny było to że nie łatwo odbiec od jej planów, które bywały trochę szalone. Jessica pod prośbami i groźbami zmuszona została do udziału w tych że zajęciach.Wręcz była zszokowana gdy Julia, bowiem tak brzmiało imię głównej bohaterki obwieściła jej że została mianowana na zastępcę kapitana zespołu. Julia pokładała w dziewczynie wszystkie swe nadzieje i znała ją na tyle wiedzieć by razem w połączeniu z jej siłą motywacji i bezwzględną szczerością Jessicy, ich drużyna dojdzie wysoko. Jessica podeszła do radia i schylając się przełączyła urządzenie odpowiednio by znów usłyszeć dźwięki melodii do układu tanecznego. W brew pozorom choreografię ułożyły wszystkie razem jednak nie wszystkim to pasowało. Jednak jak to w wielu przypadkach bywa wybuchały bunty co i tu miało ogromne znaczenie. Rozwinęła się bowiem grupa, elitarny klubik dla dam pokroju istot które oplatają łańcuszkiem jedną osobę która myśli że jest pępkiem świata. Tutaj takim mianem owiano Natalię. Istotę o dość skąpym ubiorze i kategorycznie ordynarnym zachowaniu. Julia wiele razy zastanawiała się dlaczego Natalia którą nazywano Talią tak nienawidzi Jessicy. Natalia miała dość długie włosy koloru palonej arabiki z lekko rozjaśnionymi końcówkami. Nos miała lekko zadarty bez śladu piegów. Ustka lekko zebrane ku sobie w delikatny dzióbek, a liściasto zielone  oczy błyszczały nie bezpiecznym blaskiem z pod tysiąca czarnych rzęs przeciągniętych mascarą. Jej figura była dość koścista z lekkimi zaokrągleniami w talli. Jej wzrost można porównać do pośrednich. Nie za wysoka, nie za niska. Waga tak która nigdy nie zadowala jej osoby, co wynika z nieustannych na nią narzekań. Jessica w porównaniu do jej osoby była dwa razy ładniejszą dziewczyną. Półdługie, proste, barwione na kasztanowy brąz włosy spływały po jej placach. Mały zgrabny nosek, a pomiędzy nim bazaltowe oczęta zawierające tajemniczy błysk w oku. Malinowe ustka bez żadnych doskonaleń które można wykryć u jej rywalki. Figura typowej nastolatki ze śladami wielu zaokrągleń, dość wysoka. Ubrana jak typowa nastolatka, co się nie tyczy jej fryzury z którą uwielbia fantazjować. Zawsze wygląda to odlotowo jednak dziewczyna przywykła pytać przyjaciółkę jak wygląda. Sprawia wrażenie jakby oszczerstwa Natalii nie zostawiało w jej osobie żadnych śladów co nie było prawdą. Każde oszczerstwo, każda zniewaga została zapisana w sercu dziewczyny, jednak umysł i dobre wychowanie nie pozwalało jej na odpowiedz w stronę Natalii. Zegarek powoli zbliżał się do godziny w której miały zakończyć się zajęcia, nikt nie spodziewał się jednak że to może być i jego koniec. Kolejne nuty piosenki Hit me up Gi'i Fahrell pobudzały nowe ruchy ciała. Julia wykrzykiwała tylko uwagi do których każdy musiał się dostosować.
-A teraz MoonWalk i.... Koniec.- Zakończyły w zwiewnym układzie szachowym. Jeden z trzech układów na gminny konkurs taneczny dopięty na ostatni guzik. Każda z dziewczyn zaczęła przekrzykiwać druga by zgłosić swe uwagi czy skargi. Wystarczyło jednak jedno 'mordercze' spojrzenie Julii by wszyscy ucichli. Jessica krzycząc tylko krótkie "Cześć" ruszyła w kierunku szatni i wyjścia z budynku. Natalia znalazła okazję do obgadania wrogiej jej osóbki co od razu wplątała w życie. Czas jakby zwolnił. Julia zawsze sprawiała wrażenie dość specyficznej osoby. Dość... dziwnej choć starała się to kryć jak najlepiej. Do jej uszu doleciał nieznany jej wcześniej dźwięk który przebił się przez gwar na nowo rozpoczętych rozmów. Ignorując resztę grupy ruszyła w kierunku dźwięku. Z każdym krokiem oddalała się od grupy wodzona tylko dźwiękiem i cieniami które pojawiały się i znikały. Nim się spostrzegła znalazła się w jednym z nieczynnych o tej porze korytarzy. Ciemne figury zdawały się wykonywać swój niemy taniec przed je oczyma. Dziwne uczucie ogarniało ją w pełni, tak jakby wpakowywała się w coś co się na niej zemści. Zobaczyła ciemne postacie które pochylały się nad czymś co wydawało cichy pisk, jakby odliczanie. Gdy zrozumiałam co to jest było już za późno. Siła wybuchu ogłuszyła mnie tak że upadłam na ziemię. Bomba. Wybuchła. To tyle co pamięta. Jedyne co się działo potem to to że ta Szmata Natalia powiedziała że to Julia podłożyła bombę. Wręcz się zarzekała że to widziała. Przeżyła tylko Julia i Natalia. Wszyscy zginęli. Pytanie tylko... dlaczego dziewczyna nie została rozerwana na strzępy będąc tak blisko miejsca eksplozji?

 ~~~~Czas teraźniejszy. Wieczór ~~~~~

-Julia. Ogarnij się.- Jessica i na powrót znajdowałyśmy się w pokoju. Nadal nie rozumiała jak to możliwe że Jessica potrafi tak perfekcyjnie odgadnąć jej uczucia. Czy to przez mimikę twarzy? Nadal nie rozumie dlaczego ona tu trafiła.
-Dobra...- Mruknęłam obracając się na drugi bok zakładając do uszu słuchawki. Myśli aż wrzały w jej głowi. Czy tylko ona ich słyszała? Tylko ona widziała cienie? Powoli zamykała oczy usypiając przy akompaniamencie Die in a fire....

I co? Podoba się? Nie ma pomysły jak to nazwać, ale Jessica powiedziała że mogę spróbować to 'coś' pisać. Więc oto jest.

wtorek, 15 marca 2016

Rozd. 3 "siostrzyczki"

Bez zbędnych słów dzisiaj...  zapraszam do czytania 😀😀

                             "Ojczulek."

*perspektywa Julki*

Mój stan zdrowia psychiczego z każdym dniem ulegał pogorszeniu. Nie potrafiłam już nawet płakać. Zupełnie jakby limit tych słonych kropli wyczerpał się doszczędnie. Poranki rozpoczynałam od głębokiej modlitwy. Dłonie złożone w pokuntym geście i myśli skupione jednynie na Bogu. Kto by pomyślał, iż ja - Julia przejdę aż drastyczną zmianę. Mentalność mojej duszy jednak funkcjonowała bardzo dobrze. Widoczna potrzebne mi to było. Intymne rozmowy z Dobrym Ojcem działają jak lekarstwo na wszelkie zło tego jakże zepsutego świata. Aczkolwiek od tych działań powstrzymał mnie przystojny niebieskooki. I tak oderwana na chwilę od wszelakich szaleństw - odrodziłam się jak feniks z popiołu. Znów ta sama dziewczyna, z nie wpisanym w dokumenty ADHD. Oczywiście nie byłam aż tak radosna... Rozsądek wciąż skupiał się na poważnym stanie Jessicy. Pragnęłam z całego serca aby moja ukochana siostrzyczka się wybudziła. Widok maszyny, która za nią oddycha jest jak najgorszy koszmar senny. Dlaczego ona, a nie ja? Czy jest jakiś malutki skrawek nadzieii, iż ona jeszcze kiedykolwiek będzie stąpać po soczystej trawce swymi bosymi stopami? Czy dane jej będzie ujrzeć zjawiskowy zachód słońca na piaczystej plaży? Och piekielny ból wypełnia mnie od środka. Cierpienie I obawa przed stratą Jessi wtargnęła do mojego krwiobiegu niczym paskudne zarazki. Na szczęście cały czas czuwa nade mną jakby na kształt anioła stróża pewien urodziwy młodzienic. Tak, tak.. Jack. Odkąd go tylko poznałam nie potrafie nawet jednego dnia spędzić bez niego. Był dla mnie oparciem. Sytuacja ze śpiączkom doprawdy nas do siebie zbliżyła. Często upajałam się zapachem namiętnych perfum ów chłopaka. Jego łagodny dotyk natomiast działał jak tabletki na dobry sen. Wyciszały, po czym przeniosiły do krainy relaksu i głębokiego spokoju.

*szpital*

Głaskałam beznamiętne palce mojej siostry. Widok, który mi towarzyszył nie mógł pozostać obojętnym. Blada, praktycznie kredowa skóra, sine usta, których wargi były delikatnie rozchylone. Moja Jessi... Wyglądem mogła dorównać nieboszczykowi, a nie pięknej młodej kobiecie. Poczułam ucisk w żołądku.
- Wróć do mnie. - szepnęłam odgarniając kosmyk włosów z jej obojętnej, szczupłej buzi.
Wtem rozległo się pukanie do drzwi. Bez emocji w głosie zarzuciłam krótkie "proszę". Mimowolnie przeniosłam zmęczony wzrok na osobę, który dłuższą chwilę szarpała się z klamką. Prychnęłam pogardliwie, gdy moim oczom ukazał się ciemnowłosy mężczyzna. Miał na oko trzydzieści lat i kilkudniowy, seksowny zarost. Raczej latynoski typ urody. Tak sądziłam po złotej opaleniznie i charakterystycznych rysach.
- Czego znowu tu szukasz? - warknęłam w kierunku osobnika płci przeciwnej.
- Przyszedłem do córki, ale to nie twoja sprawa. Przypominam ci, gówianro że jestem starszy od ciebie i  należy mi się szacunek. - silił się o opanowany ton głosu.
Tego było za wiele! On ma czelność nazywać Jessicę swoim dzieckiem?! Jestem naprawdę ciekawa tych nastu lat... Pewnie nawet nie wie kiedy Jess obchodzi urodziny...

*perspektywa Jessicy*

Mój ojciec, ale jak to?! Czyli te silne dłonie na mym policzku to dotyk rodzicielskiej troski... Kardiomonitor zaczął dosłownie tracić zmysły. W pewnej chwili wydawał z siebie jedynie nie przyjemne dla ucha piski - bardzo krótkie piski. Walczyłam ze swoim ciałem. Wygrana kosztowała mnie ogrom wysiłku. Poruszyłam palcem wskazującym. Niestety ruch ten był minimalny. Prawdziwe wynagrodzenie za bójkę otrzymałam chwilę później. Udało mi się unieść stalowe powieki ku górze. Mój wzrok był zamglony. Widziałam jedynie zarysy trzech postaci. Stali nad twardym łóżkiem i krzyczeli. Krztusiłam się. Nie byłam w stanie zaczerpnąć powietrza. Rurka w gardle przyprawiała mnie o odruchy wymiotne. Cholerne katusze wiły się na mnie jak boa dusiciel. Napłynęła mnie fala zmęczenia. Ponownie straciłam świadomość. Czy ja umarłam? Mój umysł to jedna wielka nicość. Zawsze sądziłam, iż niebo wygląda inaczej...

*perspektywa Julki*

Emocje huczały mi w głowie jak Dzwon Zygmunta podczas szczególnych okazji. Zbudziła się, moja maleńka... Euforia jednak nie trwała długo. Kiedy aparatura zmieniła swoje zachowanie nakazałam ojcu Jess by ten prędko zawołał personel. Lekarz w białym kitelku pojawił się w sali nadzwyczaj szybko. Asysta w postaci dwóch pielęgniarek wykonywała w skupieniu wszystkie polecenia doktora. Zostałam wyproszona z pomieszczenia, a wraz ze mną i ciemnowłosy panicz. Widać było zdenerwowanie wmalowane w jego ciemne obramówki oczu. Przez chwilę pomyślałam nawet, że zależy mu na mojej siostrze... Jednak to kompletny nonsens... Po piętnasu minutach ujrzałam lekarza. Wyszedł z sali poprawiając stetoskop zarzucony na szyi. Już miałam zamiar wypytać co i jak, lech ubiegnął mnie ojczulek.
- Panie doktorze co z moim dzieckiem?! - łamiący się głos zapewne nie był udawany...
- Rozintubowaliśmy ją. Teraz o jej życiu decydują dwie najbliższe doby. Na razie proszę nie wchodzić na OIOM.  - powiedziawszy to po prostu odszedł do innych pacjentów zlewając się ze szpitalnym tłem.
Łzy wypłynęły z moich bursztynowych oczu. Usiadłam na krzesełku i trzęsącymi się dłońmi przeszukiwałam fioletową torebkę. Gdy tylko natknęłam się na telefon - wyjęłam go i wybrałam numer do Jack'a. Tylko on może mi teraz pomóc.

*perspektywa Jack'a, w drodze do szpitala*

- Naprawdę masz gdzieś jej los?!  Przecież ona może umrzeć! - krzyczałem na brata mocno przy tym zdzierając struny głosowe.
Szczerze życie Jessicy nie było mi obojętne. Owszem nie znałem jej, ale czułem targające moją biedną głowę poczucie wine. Miałem wrażenie, iż to wszystko moja sprawka, a przecież tak też nie było... W dodatku Julia... Aksamit jej brązowych włosów, zgrabna sylwetka i magiczny uśmiech. Od razu serce przyśpieszyło rytmu na myśl o tej niesamowitej istotce...

*szpital*

Truchem dostałem się do miejsca, przy którym znajdowała się sala intensywnej opieki medycznej. Tuż przed wielkimi szlanymi drzwami siedziała zdruzgotana Julka. Zacisnąłem szczęke i usiadłem obok niej. Objąłem ramieniem dziewczynę,  a ona wtuliła się we mnie jak niemowlę.
- Cśś...  jestem przy tobie... - mruknąłem muskając ustami jej główkę.

*perspektywa Jeffa*

Mam dość!  Wszyscy zwariowali na punkcie tej Jessicy!  No ludzie! ona ucięła sobie tylko dłuższą drzemkę... Dobrze,  że w tym starym szpitalu jest chociaż automat z napojami. Moje podniebienie z niecierpliwością czekało na łyk gorącej czekolady. Jack'uś zapewnie jest przy swojej ukochanej. To znaczy...  Jeszcze nie,  ale widać,  że uczepiła się go jak papierek na naelektryzowany materiał.

sobota, 12 marca 2016

~ Z pamiętnika samobójcy ~ mega króciutki pościk

Post skierowany główie dla mojej przyjaciółki, a ona już wie czemu. 

*** 

3 marca 2016 roku

 Ciągle czuję na sobie nienawistne spojrzenia innych. Przenikają do mojego serca i niczym malutkie szpileczki tworzą kolejne dziury, których głębokość nie jest znana nawet mi. Ludzie coraz częściej przestają być ludźmi. Ból rozpiera moje ciało z siłą okropnie mocną. Dziś w nocy kolejna fala sennych koszmarów ogarnęła mój biedny mózg i kreowała obrzydliwe wizje. Aktualnie siedzę w pokoju. Jest pusty zupełnie jak mój wzork. Ściany niemalowane od wielu, wielu lat, a podłoga zaniedbana. To pomieszczenie idealnie opisuje mnie. Przytłaczająca cisza o dziwo działa na mnie jak heroina na beznadziejnego narkomana. Dobrze, że jeszcze nie dostaję chcicy, gdy nie mogę zaznać chwili spokoju. Powoli, bardzo dokładnie badawczym spojrzeniem oglądam moją lewą rękę. Liczne blizny, niektóre nawet jeszcze o barwie jaskrawoczerwonawej. Dopatrzyłem się i również z trzy pamiątki poparzeń. Ach. Wspomnienie ugaszania papierosów na mojej nagiej skórze przyprawiło mnie o podniecenie. Ekscytacja zadawania sobie bólu jest dla mnie czymś w rodzaju sztuki. Abstrakcyjne obrazy na cielesnym płótnie. Tak moge się nazwać artystom. Wszelkie problemy znikają w chwili, gdy zaczynam tworzyć. Wena twórcza wtedy nie opuszcza mnie nawet na chwilę. Raz nawet udało mi się namalować cudowny pejzaż szarej rzeczywistości. Szkarłatna ciecz opatuliła mnie niczym matka, która zawsze kocha swe dziecię. Jednak kiedy zabraknie mi pomysłów na nowe obrazy? Co ja wtedy pocznę? Na pewno nie mam zamiaru by moja czaszka ponownie wtopiła się w tłum ludzkiej zawiści. Nienawidzę nawet spoglądać na drugiego człowieka. Przyprawia mnie to wtedy o odruch wymiotny. I choć dawno straciłem swą godność nie mam zamiaru przechodzić przez to po raz kolejny. Zaufałem zbyt wiele razy... Moja duszyczka już więcej nie mogłaby przywiązać się do jakiejś istoty na nowo. Paniczny lęk przed straceniem nienarodzonej jeszcze więzi jest jak paraliż. Zawładnął bowiem moje paskudne, splute wstydem ciało i nie pozwala na wszelakie kontakty międzyludzkie. Jedynie co mogę to udzielać się artystycznie. Jednak coraz częściej pragnę zasnąć w mężnych ramionach brunatnych desek. Dokładnie przeanalizowałem plan działania. Garść tableteczek, które przepisał mi ten pożal się Boże doktorek w śnieżnym kitelku popitych wysokoprocentowym trunkiem. To będzie prawdziwa uczta z moją przyjaciółkom. Nigdy wcześniej nie wspominałem o niej, ale ona jest mi niezmiernie bliska. Jej imię przyprawia mnie o dreszce. Śmierć.


Rozdz.2 "siostrzyczki"

Siemka <3  Mam nadzieję, że Wam się spodoba taki nagły zwrot akcji :D !

"Wciąż walczy."

*perspektywa Jack'a*

Pięknie, naprawdę. Poproszę o nagrodę za najlepszego brata roku. Ze skrzywieniem wymalowanym na twarzyczce skrywałem się w składziku woźnego. Roiło się tam od cholernej ilości kurzu oraz pajęcznyn, a co się z tym wiąże? Pająki. Wredne, małe i z owłosionymi odnóżami. Miałem wrażenie, iż wzrócę zaraz swoje śniadanie. Och biada mi! Mój żołądek właśnie urządził sobie strajk i stwierdził, że nie ma zamiaru dłużej przebywać w towarzystwie tych jakże uroczych stworzonek. No cóż. Nie miałem ochoty aby udekorować te malutkie pomieszczenie swoimi wymiocinami. Wycofałem się więc po chwili i jak gdyby nigdy nic opuściłem teren szkoły. Ku mojemu zaskoczeniu afera spowodowana wężem trwała nadal. Opanowałem fale rozbawienia i nawet nie pisknąłem. Dopiero potem wybuchnąłem śmiechem, gdy upewniłem się, że jestem w bezpiecznej odległości od murów szkoły. Jak można wystraszyć się tego gada? Przecież to zbożowy wąż. Nie jest on groźny ani nawet nie długi na piętnaście kilometrów. Absurdalne by się go bać. Mój genuisz mnie doprawdy zadziwia. Nawet nie miałem pojęcia, iż jestem tak mądry i potrafie obmyślać dywersyjne działania, gdy mój ukochany Jeff'uś potrzebuje porozmawiać z jakąś panienkom. Z szerokim uśmiechem usiadłem na ławce. Znalazłem się w parku. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę jak szybko przebierałem nogami. Chwila zasłużonego odpoczynku mi się należy. Przymknąłem powieki i pozwoliłem aby aksamitny wiatr zwiastujący nadchodzącą wiosnę muskał moje blade policzki.

*perspektywa Julki*

Nienawidzę węży! Panika zawładnęła moim ciałem. Czułam się jak marionetka całkowicie zależnia od niej. Paraliż, kompletny paraliż. Strach przed bliskim kontaktem z tym pomarańczowym osobnikiem przyprawiał mnie o dreszcze. Nie mogłam nic zrobić. Chciałam uciekać, lecz moje stopy przyszpilone były do podłoża za pomocą niewidzialnych gwoździ. Chciałam krzyczeć, lecz moja krtań przeistoczyła się w ogromną gulę utrudniającą chociażby przełknięcie śliny. Chciałam stać się niewidzialna, lecz nie było mi dane posiadać takich zdolności. Chciałam być tuż przy boku siostry, lecz nie mogłam wypatrzeć jej w tłumie. Moment... Dlaczego nie było Jessi? Czyżby już się dowiedziała o mojej perfidnej zdradzie? Och nie... Szala niepowodzeń przeważała aktualnie moje życie...

*w między czasie Jessica i Jeff*

Brunetka nie miała pojęcia co się przed momentem wydarzyło. Pamięta jedynie silne, męskie ramiona i pociągnięcie za kościste palce swojej zadbanej dłoni. Wszystko działo się jak rodem z filmu akcji. Niestety wykonanego bardzo tanim kosztem i bez efektów specjalnych. Teraz dziewczyna badała sytuacje. Sumowała wszelkie fakty, ale nadal nie mogła określić miejsca swojego położenia. Ciemność przenikała przez nią jak osiadająca się ranna mgła. Była niczym bezbronne zagubione w szarej rzeczywistości dziecię. Jej oddech był długi, a puls podwyższony do granic możliwości.
- Co się dzieje?  Gdzie ja jestem? Czy ja umarłam? To sen? - czaszka nastoletniej panny aż pękała od nadmiaru zadawanych pytań, które na dany moment pozostawały bez odpowiedzi.
Nagle ujrzała jakąś jasną łunę. Światło. Ktoś o wysokiej sylwetce zbliżał się z oddali niosąc w ręce zapaloną świecę. Jessica starała się zachować zdrowe zmysły i nie dać emocją. Zaczekała na ową postać. Był to nikt inny jak szanowny Jeffrey. Dziewczyna zmarszczyła brwi. To znowu ten młodzienieć, któremu tęczówki zmieniają barwę. Jessica pocierała kciukiem swoje biodro w celu dodania sobie odrobinkę otuchy. Czarnowłosy był świadom jaki stosunek ma do niego ta siedemnastolatka... Zasiał w niej ziarenko lęku, a teraz niczym ogrodnik pielęgnuje swoją roślinę.
- Nie martw się jesteśmy w piwnicy szkoły. A teraz do rzeczy. Musimy sobie coś wyjaśnić. - zaczął beznamiętnie odstawiając świecę na ziemię tak aby oświetliła ona zmysłową twarz Jessicy.
- O czym? - starała się o ton chłodny, a nawet można rzec, że arogancki.
- O tobie. - mruknął krótko ilustrując dziewczynę od stóp do głów.
Była nadzwyczaj piękna i co najważniejsze nie potrzebowała kilogramów makijażu czy wyzywających ubrań by taką być.
- O-o mn-mnie? - zająknęła się, a Wood's uśmiechnął się tajemniczo.
- Tak o tobie. Jesteś niezwykła i ja to wiem. Niestety nie mam pojęcia czym tą niezwykłość sobie zawdzięczasz. Ty jako jedyna zorientowałaś się, iż moje oczy zmieniają barwę. W dodatku nie dałaś się zmanipulować ani mnie ani Jack'owi. Swoją drogą różnicie się z siostrom, co nie? Ona jest szczęśliwa przy swoich biologicznych rodzicach, a ty? Straciłaś matkę, a ojca nie było ci dane nigdy poznać. - Jeff opowiedział kilka zdań z niezwykłą lekkością w głosie.
Jessica nie mogła uwierzyć własnym uszom. Skąd on mógł wiedzieć to wszystko... Czy możliwe jest by ukochana Julka wszystko powiedziała? I jeśli tak czy wspomniała również o czytaniu w myślach? Ciemne oczy brunetki zeszkliły się na kształt tafli lodu na jeziorze. Okrutny świat, okrutni ludzie. Nastolatka miała dość.
- Nic o mnie nie wiesz! - wykrzyczała młodzieńcowi prosto w twarz i poczęła biec przed siebie odpychając przy tym Jeffrey'a.
- A miało być tak miło. - burknął Wood's mrużąc powieki.

*perspektywa Jessicy*

Biegłam ile sił w nogach. Niestety moja kondycja oraz brak oświetlenia nie pomagały mi w odnalezieniu wyjścia. Na moje nieszczęście potknęłam się o jakiś wyboisty przedmiot na podłodze. Padłam na zimną posadzkę z impetem. Najbardziej ucierpiała moja prawa ręka, która w ostatnich sekundach zasłoniłam twarz. Niemal natychmiast skóra na tej właśnie ręcę przybrała śliwkowej barwy i spuchnęła. Syknęłam , po czym ostatkami sił podniosłam się. Cholera. Ból, piekielny ból. Chyba jest złamana, lecz nie poddam się. Dam radę i potem najwyżej jakoś usztywnię sobie tą głupią kończynę. Grube krople wypływały z kącików mych oczu. Koszulka powolutku nasiąkała łzami. Jestem sama skazana na odwieczne  cierpienia. Zsunęłam się plecami po lodowatej ścianie i opadłam na ziemię. Nie pamiętam chwili, gdy wszelkie moje zmysły wygasły.

***

- Niech pan będzie dobrej myśli. Ma silne serce i wciąż walczy.
- Ona leży tutaj od dwóch tygodni nie dając znaków życia. Jest jak lalka, piękna lalka, do której się mówi, ale to jest pozbawione sensu, bo i tak nie odpowie.
- Proszę wierzyć, a teraz przepraszam, ale muszę iść.
Słyszałam głosy. Najczęściej jednak były one łamiące się w połowie wypowiedzianego zdania. Nie potrafiłam unieść powieku ku górze ani poruszyć jakąkolwiek częścią ciała. Ciągłe pikanie na kardiomonitorze działało na mnie nadzwyczaj kojąco. Codziennie ktoś gładził moją dłoń, a potem całował w czółko. Niestety... Nie miałam pojęcia kim ta osoba była... Wiem jednak jedno. Ten dotyk był dla mnie jak woda dla spragnionego...

~ONE SHOT - JELSA~

A więc. Nie znaczyna się zdania od "a więc". Naszła ochota na opowiadanku o Elsie i Jack'u, a że kraina lodu jest bliska mojemu sercu napisałam bardzo krótkiego one shota. Licze, iż się Wam spodoba :) A i jeszcze taka mała uwaga na początku jest przetłumaczony tekst cudownego utworu zespołu Nazareth. Zapewnie wiele z Was nie zna, a nawet nigdy nie słyszała nazwy tego pięknego zespołu. Polecam dobre, rockowe ballady. Ta muzyka właśnie wypełnia mnie i opisuje każdy rozdział mojego dotychczasowego życia. Miłego czytania :3 

 ~~Zawsze przy tobie~~


Miłość rani
Miłość kaleczy
Miłość zostawia blizny i plami 
Żadne serce nie jest tak wytrzymałe i silne
By znieść aż taki ból, by znieść aż taki ból 
Miłość jest jak chmura
Przynosi dużo deszczu
Miłość rani, och, miłość rani


  

Elsa dumnie stąpała do lodowym pałacu, którego wystrój zapierał dech w piersiach. Pierwszy raz od zadania siostrze piekielnego bólu czuję się naprawdę wolna. Nikt nie spoglądał na jej przyozdobione o rękawiczki dłonie ani też nie był skazany na jej łaskę. Bycie córkom królewskom to nie tylko ciągłe bale, na której błyszczała droga zastawa, w złotych kielichach podawane były najlepsze trunki, a dębowe solidne stoły nie potrafiły pomieścić ilości wytrawnych, aromatycznych mięs. Wbrew wszelkim pozorom to ciężka praca i ciągłe przestrzeganie dworskiej etykiety. Nie można nawet mrugnąć, gdy w pobliżu jest ktoś wyżej ustawiony niż sama księżniczka, bądź król. Takową osobom mógł być jedynie cesarz ewentualnie rosyjski Car. Przez pewien okres nawet i papież jako duchowny i piastun wszystkich narodów. Dziewczyna wzdrygnęła się na samo wspomnienie o jej dotychczasowym życiu. Złożyła sobie przysięge, iż jej aksamitna stopa nie przekroczy wysokich bram zamkówych Arendelle już nigdy. Teraz rozpoczyna kolejny dział.  Jest jak zapisana księga, lecz tylko do połowy. Rozpuściła tlenione włosy, a te swobodnie opaluliły kolejno jej ramiona, łopatki, a potem kobiece, ale nie przesadnie zaokrąglone biodra. Błękit lśniącej sukni idealnie wtopił się w błękit oczy młodej kobiety. Czy możliwym jest by cieszyć się z takich banałów jak uwolnienie związanych za pomocą gumki włosów? Wiele głupców zapewne odparłoby, iż nie. A jednak. Dla Elsy nawet taka nudna i pospolita czynność przyprawiała o gwałtowny wzrost adrenaliny i przyśpieszenie pracy serca. Tak. To właśnie wolność i cudowny smak beztroskich chwil. Smutki odeszły w kąt, łzy zastąpił uśmiech, ale czy potrzeba bliskości drugiej osoby nie przerośnie dawnej władczyni? Cóż... Blondwłosa na razie nie dopuszczała do siebie nawet takich myśli. Czym prędzej postanowiła zwiedzieć okolicę. Krajobraz zimowy wydawał się być nadzwyczaj magiczny. Niewielkie wzniesienia, a także i większe góry przykryte grubą kołderką puchatego śniegu wydawały się jakby właśnie tulił je sam Morfeusz. Śnieżek delikatnie pruszył z zachmurzonego sklepienia niebieskiego. Nie zbyt przyjemne strumienie zimnego powietrza muskały poczerwieniałom twarzyczkę niewiasty. Widać było grymas niezadowolenia jaki namalowały śliwkowe usteczka dziewczyny. Nawet jako pani zimy nie chciała by za parę godzin leżeć w miękkim łóżu z termometrem pod pachą. Wszystko ma swoje granice, a zwłaszcza jeśli chodzi o życie lub zdrowie. Jak widać... Coś ze starej Elsy pozostało - ta sama ostrożność i trzeźwy umysł. Wolność nie odebrała jej nawet miligrama rozsądku. I dobrze. Atmosfera stawała się coraz bardziej chłodna. Było niesamowicie zimno. Oddech w powietrzu mógłby w mgnieniu oka zamarznąć. Błękitnooka nuciła pod zgrabnym noskiem słowa ulubionej piosenki aby odpędzić od siebie myśl o odmrożonych uszach... Zresztą nie tylko o nich. Nucąc utwór przypomniała sobie o Annie. Zdawało jej się jakby dostrzegła przez moment jej ognistą czuprynę. Przyśpieszyła kroku rzecz jasna na tyle ile pozwolił jej opór diabelskiego powietrza. 
- Anka! - krzyczała, a w kącikach jej oczu zebrały się szczere łzy.
Zatęskniła. A przecież miała odciąć się od wszystkich, bo jest potworem i ochydnym wybrykiem natury. Nikt nie szanuje przecież odmieńców. To wyrzutki i nic nie znaczący plebs. Kiedy tylko różnisz się od grupki jakiś ludzi od razu skazany jesteś na cierpienie i samotnie spędzony czas. Tylko czasem zastanawiasz się dlaczego czas nieubłaganie ucieka ci między palcami, a ty nic nie możesz zrobić... Albo podporządkujesz się innym i założysz teatralną maskę, albo pozostaniesz sobą w całej okazałości. Czegokolwiek być nie wybrał i tak poznasz smak wielkiej goryczy... 
- Ania... - padła na usłaną z białych płatków pościel. Jej puls powoli zanikał, powieki mimowolnie przymknęły hipnotyzujące tęczówki. Wydała ostatnie tchnienie i odeszła. Duszyczka opuściła beznamiętne ciało kierując się wprost do domu Dobrego Ojca. Tam zastanie to czego nie mogła dostać za życia. Szczęście, miłość, radość i rodzinne ciepło wypełniające wszystkie zakamarki. Szybowała tak wprost przed siebie jakby bez obaw o zgubienie szlaku. Droga o dziwo doskonale znana. Klucz w złotej bramie sam się przekręcił. Królewsto Niebieskie w całej okazałości. Elsa pełna nadzieii na lepszą przyszłość tuż przy boku samego Boga kroczyła niepewnie po pierzastej dróżce, której koniec znajdował się przy jakimś domku. Kwadratowy budynek, a w jego wnętrzu mnóstwo zdjęć, a na nich czteroletnia dziewczynka wraz z siostrom i rodzicami. Cała trójka perliście uśmiechnięta. Od tej fotografii biła jaskrawa łuna. Rodzina to wszystko czego nam potrzeba i taki raczej był sens tego... Kolejne zdjęcie to rudowłosa również mała dziewczyna. Stała ze ściągnętymi ku dołowi kącikami ust, a w ręku trzymała pluszowego misia. Oparta była o dębowe drzwi jakby w oczekiwaniu na kogoś. Widać było jakie emocje targały tą młodom istotkę. Smutek, rozpacz, rezygnacja, lecz i jakaś ociupinka wiary , iż kiedyś los się zmieni. Nigdy nie rezygnujmy z naszych bliskich nawet jeśli nam dosłownie zatruwają życie. To jedynie ulotne chwile. Wczoraj to nie dziś, a jutro to przyszłość.  
- Nie! - na czole młodej kobiety widać było srebrzyste kropelki potu. 
Nie równy oddech ciężko było uspokoić podobnie jak obołą głowę. Blondwłosa przeniosła się do siadu próbując uspokoić myśli. Nagle poczła silne, męskie ramiona na swoich drobnych barkach. 
- Znowu koszmary? - pełen opiekuńczości ton dział na kobietę kojąco. 
- T-tak... - wydukała i niekontrolowanie wybuchnęła płaczem.
Łzy strużkami wydobywały się z oczu biegnąc po policzkach i żuchwie. Całe szczęście miała przy sobie ukochanego białowłosego Jack'a. Mężczyzna objął ją czule i ucałował w w skroń. 
- Cii... Jestem przy tobie, zawsze. - wyszeptał jej do ucha.
Co by zrobiła bez Frosta? Nie miała zielonego pojęcia. Kochała tego wariata całym swoim sercem. To on roztopił lód, który zgromadził się właśnie w tym miejscu. Między tą dwójką każdego dnia rodziła się jeszcze większa namiętność i uczucie pożądania. Uzupełniali się niczym alfa i omega. Ona jest początkiem,  a on końcem.  Jak się poznali? Hmm... Chyba od zawsze byli sobie niezwykle bliscy. Ich bratnie dusze wiedziały o swoim istnieniu zanim po raz pierwszy spojrzeli sobie w oczy. A podobno nie ma na świecie dwóch ideantycznych płatków śniegu...