środa, 23 marca 2016

~ Rozdz. 1~


                                                       ~Wcale nie tak jak z bajki...~

Cienista łuna półmroku otuliła swymi delikatnymi ramionami  wszelaką dobrą materię. Panika ogarnęła cały świat ludzki niczym najsłodsza melodia pozytywki z dziecięcych lat. Krystaliczna biel działała kojąco na umysły strudzonych żywotem   pacjentów.   Julia której ciało należało obecnie do magnetycznej woni   Morfeusza błądziła niczym zbłąkany duch po zawiłych kręgach labiryntu wspomnień, rozpaczy i koszmaru.  Cieniste wątłe postury postaci, ogłuszający i zniewalający pod swą siłą wybuch, krwiste ślady zbrodni, ofiary rozczłonkowane na tysiące kawałków, później kompletna nicość.... Coś na kształt paraliżu wszystkich kończyn. Przerażająco dławiący i ledwo pompujący ból serca, dławiące duszności, jakby ciemność zebrała się i swym poręcznym łapskiem chwyciła za kark i ściskała. Majaczenie nie kształtnych  kawałków historii swego żywota. Równie bezsensownej w danej chwili co użytecznej. Rozpalone i zaczerwienione od wysokiej gorączki lico. Do tego brak jakiejkolwiek reakcji ciała na stan przestrzeni. Istna niemoc... Och, jakby ta Carmelowo, Kasztaowo włosa chciałaby unieść swe dorównujące wagą ołowiowi powieki ku błękitowi nieba zasłoniętego szarością sufitu. Byle jak najdalej od nie wyobrażalnie druzgocącej krainy swej podświadomości. Unieść skrzydła i wznieść się ku niebu rozkoszy. Cienie które swymi powabnymi ruchami niczym w pantomimie nakazujące podążać za sobą... Nie, nie nie! Znów opowieść zatacza krąg. Każde ciało, każdy odłam. I Julia, czująca wewnątrz swego ciała jak każda z tych udręczonych dusz odchodzi. Czuła każdą śmierć. Dawały jej one nowe siły by przeżyć to ponownie, i ponownie. Historia która nie ma końca... W umyśle tylko jedna fraza....
W koło raz po raz stoję w miejscu spędzam dni nienawiść dręczy mnie od agonii dawno już mnie mdli.  I znów to samo....
-Zbudź się! Proszę Julka!- Z krtani brunetki o nieco ciemniejszym odcieniu zabarwienia odbył się krzyk próbujący przywołać dziewczynę do porządku. Ciało Julii wiło się w spazmatycznych konwulsjach co nie pomagało brunetce z której ciemnych oczęt spływały łzy niczym oszalałe. Przypominały one malowniczy wodospad Niagary. Niestety widoczny na twarzyczce panny ból niweczył wszelkie nadzieje na szybkie wybudzenie z monotonii koszmaru. Zroszone potem czoło jednej z pacjentek połyskiwało w bladym świetle jarzeniówek.  Usta zwinięte w bladą ledwo zauważalną i wąską kreskę,  przymknięte na głucho powieki. Dlaczego jej przyjaciółka musiała przeżywać takie katusze? Zagorzałe emocje powzięły panowanie nad ciałem ciemnowłosej. Jessica chwyciwszy śpiącą za barki, zaczęła wstrząsać towarzyszkę za szczupłe ramiona. Jednak mocne wstrząsy nie zmieniały tragicznego stanu dziewczyny. Czy to już koniec? Czy tak ma się skończyć żywot Julki? Przecież dziewczyna oddycha. Co prawda nie dość rytmiczne co w przypadku nadmiaru adrenaliny jest wskazane, ale jej klatka piersiowa unosi. się.
-Obudź się!- W czaszce nastolatki krążyła wciąż ta sama niema prośba. To zdanie wręcz rozsadzało ją od środka. - Ratunku! Ratunku!- Jessica nie chętnie przystała na zawołanie pomocy lekarskiej. Kilkoro osób z personelu szpitala psychiatrycznego wtłoczyło się do pomieszczenia w swych śnieżno białych kitelkach. Odciągnęli Jessicę od ciała przyjaciółki i wbrew jej wolnej woli wpięli ją w mocarne i skórzane pasy bezpieczeństwa, tak jakby ona stanowiła zagrożenie nie tylko dla swej osoby, ale także oddziału który zajmował się Julią. Dziewczyna ta dość niekonwencjonalnymi sposobami lekarzy została wybudzona ze stanu letargu i odprowadzona do oddzielnej izolatki która  pomieścić mogła  dwójkę pacjentów. Według swych samolubnych mniemań sądzili iż tam ona będzie pod lepszą kontrolą.

~ per. Jess~

Części mego ciała takie jak przeguby, staw skokowy, kolana, brzuch czy ramiona poczerwieniałe były od szorstkiej powłoki nie zbyt wygodnego pasa. Skórzany materiał powodował że ma skóra płonęła żywym ogniem ujawniając w ten sposób masę zranień. Mój wzrok przeniósł się  na szarość sufitu tego pożal się boże psychiatryka. Czuję się tu zamknięta niczym ptak w klatce. Bo jeśli ktoś zaznał już wolności to dołoży wszelkich starań by powrócić w jej przyjazne objęcia. Wszystkie mięśnie w moim ciele rozluźniły się, mięśnie między żebrowe zdawały się pracować z podwojoną siłą unosząc klatkę piersiową w rytmicznym układzie góra, dół. Ustka otwarły się i nabrały spory haust zduszonego przez zaduch powietrza. Zamknęłam  je by po chwili otworzyć patrząc na zjawisko które dosyć często mam okazję ujrzeć. Ujrzałam Go. Smolista postać wyglądała tak jakby okrywała ją peleryna z delikatnej mgiełki, z moczarów i bagien.  Tęczówki bezbarwne i ziejące ogromną pustką bez uczuć, tak jakby całe serce istoty wykonano z tego samego tworzywa co jej konsystencję. Dość złowrogi wyraz twarzy przyprawiał o dreszcze przechodzące przez całe ciało istot które miały zaszczyt ujrzeć atrybuty tego monstra. Demon. Zesłaniec z mrocznych i ognistych czeluści piekieł. Arystokrata z czarnym jak bazalt i nieskruszonym serce nie czującym nic oprócz żądzy zaspokojenia własnych potrzeb szukający deski ratunku nawet pośmiertnie. Przez pewien czas sądziłam że dręczą mą biedną główkę omamy, jednak teraz upewniłam się  w przekonaniu iż to nie zwykłe mary zesłane przez mój udręczony życiem umysł. Halucynacje... nie, nie, nie. To rzeczywistość. Od dnie mego poczęcia, dnia narodzin ciągle się to powtarza. Widzę to czego człowiek przy zdrowych zmysłach i samozachwycie swą osobą nie widzi. Widok zachłannych duszyczek, zesłańców samego Lucyfera. Przeklęte dusze zmuszone do penetrowania ziemi do dnia kresu swego. Objęci patronatem samego szatana! Lucyfer niczym brat bliźniak trwa prze mej osobie odkąd sięgam pamięcią. Nie potrafi odstąpić mnie nawet na krok by  nie pokazać mi swego dzieła i nowej duszy uwiązanej na cieniutkim łańcuchu grzechu. Czyżbym skazana była na żywot wśród zmarłych? Czy nie wystarczy być żywym by się obudzić? Ja jestem jak najbardziej żywa czego nie mogę powiedzieć o tychże jegomościach. Czym taka istotka jak ja zasłużyła se na to przekleństwo pod postacią złudnego daru? Czy moi rodziciele bez mej wiedzy podpisali cyrograf na mą nieśmiertelną duszyczkę? Czy przez ich błędy ponoszę teraz karę? Czy nie mogłabym jak moi rówieśnicy odznaczać się nijak w tym szarym świecie? Czy to zbyt wiele jeśli pragnę być normalną istotą żyjącą wśród innych? Czy dane mi być normalnym człowiekiem? Niestety los pozostawił mi tę zagadkę bez wszelakiej odpowiedzi....

~Per. Julka~

Pomieszczenie izolatki kształtem porównać można było do prostokątnego kartonika po mleku. Prycze i inne przedmioty humanitarne były niczym płatki pływające po mleku, które z dnia na dzień coraz bardziej obojętniały w mych oczach. Byłam tu kilka razy i zawsze odprawiałam pantomimie tego samego rytuału. I pomyśleć iż czeka mnie ekscytująca powtórka z tejże rozrywki. Idealnie... Po raz kolejny zostałam wpędzona do klatki niczym zniewolone dzikie zwierze które nigdy nie zobaczy rodzimej ziemi. Nie dotknie bosymi stopami gładkiej grudki ziemi. Położywszy się na dość twardej pryczy owianej tylko w skromnie prześcieradło i poduszkę pod głowę przyglądałam się krystalicznej bieli sufitu oplatanej różnorodnymi wzorami pęknięć tej zabytkowej elewacji. Poprzestałam na to i jeszcze spokojniejszym wzrokiem wpatrywałam się w welfron. Krople powoli kapały do plastikowego wężyka  który łączył się z mym ciałem doprowadzając do niego leki. Czas zwalniał jak moje myśli tego chciały, albo pędził. Cz to tylko gra umysłu? Rzecz biorąc muszę cały czas grać na pokaz, ukryć żal tak by nikt go nie dostrzegł. Leki te najpewniej należały do rodzaju tych uspokajających ponieważ me ciało zalała fala wyciszenia pozostawiając kołaczące bez odpowiedzi pytania na pastwę losu. Wszelakie problemy odeszły w siną dal.... błogość i relaks którymi mnie tu tuczyli dawała się we znaki. W mym mniemaniu brakuje jeszcze piaszczystej plaży z kamyczkami i różnobarwnymi muszelkami, ciepłych muśnięć Heliosa, rozkołysanych morskich fal i drinka z kolorową parasolką. Swoją drogą zastanawia mnie czy będzie mi kiedykolwiek dane znów ujrzeć blask dnia, jego świt i zmierzch, tarczę  srebrzystego księżyca w pełni. Jedyne jednak co mi zostawili to gumowa piłeczka, myślą pewnie iż działa na mnie od stresująco w tak niedogodnej dla mej osoby chwili. Odbijałam ją od bielutkiej ściany pod takim kontem by powróciła do mej ręki zostawiając za sobą tylko przytłumiony odgłos odbicia. Głośne wdechy panowały w mym ciele. Zamknęłam oczy i rozkoszowałam się chwilą wolności od nadąsanych piguł nie mających pojęcia o prawdziwym zajmowaniu się pacjentem. Dla ich osoby priorytetem była filiżanka gorzkiej kawy i ploteczki z innym personelem. Zerknęłam na jedną z mych ulubionych ścian. Zazwyczaj mówiłam o niej ściana liczb. W wielu filmach widać jak skazańcy liczą czas spędzony w więzieniu. Tu rzędy kresek przekreślonych czy prostych nikogo nie wzruszały. Nikt nie wpadł też na pomysł by ów ścianę odrestaurować. Zapewne nie ma funduszy jak zwykli mawiać lekarze. Traktują nas jak gorszych, jak downów i myślą że nie widzimy jak na nas żerują?! Pieniądze państwowe nie powinny iść na ich prywatne korzyści lecz na dobro ogółu. Krew mnie zalewa gdy widzę posturę pulchnego doktorka który zwykł nas prowadzić na swe 'sesje terapeutyczne' w swym gabinecie. Zamknęłam oczy w dalszym ciągu odbijając piłkę. Głuch odgłos mieszał się z eterem, me ciało wyczuło jak i umysł pewną zmianę w otoczeniu, jednak powieki nadal trwały w zamknięciu. Powietrze zgęstniało i gwałtownie obniżyło swą temperaturę. Nic nie zwykłego, jednak nie jestem już sama w tym pomieszczeniu. Zamknęłam  oczęta mocniej. Nie! Nie chcę ich widzieć. Zapach stęchlizny dotarł do mych nozdrzy kiełkując tam powoli. Fuj! A jednak to dla mnie normalne. Adrenalina mieszała się ze składem środka usypiającego co niwelowało jego działanie.
-Odejdź....- Szepnęłam cicho, mój głos zdawał się brzmieć przestrzennie. Uniosłam rękę i czas jakby staną w miejscu. A może stanął? Czy to możliwe by za ruchem dłoni stała jakaś niewidzialna siła która dawała mi panowanie nad czasem i przestrzenią?- Proszę... chcę być normalna daj mi spokój. - Zimne powietrze delikatnie musnęło moją dłoń po czym zaczęło się cofać przywracając poprzedni stan rzeczy. Mam nadzieję że nikt  tego nie widział. Mam szansę stąd   wyjść na stałe i nie chcę tego zmarnować z powodu omamów z jakimiś duchami. Omamy? Sama nie wierzę że tak pomyślałam jednak dla dobra swej osoby... Muszę grać. Jeśli będę cicho wypuszczą mnie z tego karceru. Moim celem jest wyjście z tego koszmaru.....



3 komentarze: