środa, 16 grudnia 2015

Rozdział I - "Tajemniczy wybawiciel?"

Siemka Kochani! 

Dziś skończyłam wcześniej lekcje i postanowiłam wrzucić rozdział. Mam nadzieje, że Wam się spodoba :D ! Swoją drogą jak u Was w szkole - jakieś jedynki są ^^ ?

     Nastolatka spoczęła na starym siedzeniu autobusu. Droga jakby się dłużyła.  Maja, z nudów zaczęła nawet kreślić koniuszkiem palca abstrakcyjne wzory, po zaparowanej szybie pojazdu. Były to różnej maści proste, falowane i zakrzywione kreski. Trzeba przyznać, iż nawet całkiem ładnie się ze sobą komponowały. Cóż. Brunetka już odkąd po raz pierwszy dotknęła kredek wiedziała, że to jest miłość na całe życie, a co najlepsze nigdy nie mogłaby zostać zdradzona czy wystawiona na jakąś próbę. Mimo wszystko po chwili to zajęcie doprawdy znużyło szesnastolatkę. Wytężyła wzrok i poczęła przyglądać się ludziom, którym jak zawsze gdzieś się śpieszyło. Ogrom zmęczenia malował się na zmarzniętych buźkach opatulonych w jedwabne, kolorowe szaliki. Majka westchnęła głęboko nie zaprzestając przyglądać się  tej codziennej rutynie, która ubrana była w szare barwy nicości. W umyśle panienki kreowały się różne myśli. Najbardziej jednak, niczym jadowity wąż wiła się jedna - "ciekawe, co by było gdyby, tak tylko na godzinę każdy człowiek na ziemi pozbawiony został jakichkolwiek trosk, czy zmartwień?".  Z tym zamyśleń wyrwał ją jednak przystanek i konieczność upuszczenia środka komunikacji miejskiej. Sprawnie sobie z tym poradziła.
       Z lekka chwiejnym krokiem skierowała się w kierunku szkoły. Wypielęgnowane dłonie wsunęła do kieszeni obcisłych spodni i po prostu szła jakby na ścięcie na najgorszą zbrodnię świata. Lubiła naukę, ale nie budynek, w którym przekazywano wiedzę, a jeszcze bardziej miała dość peroson z jej najbliższego otoczenia, czyli klasy. Wyzwiska, drwiny, cichutkie, a jednak głośne szepty... Aczkolwiek wór ten miał znacznie głębsze dno... Te wyżej wymienione to tylko odrobinka, maleńki kawałeczek wyrwany z psychiki licealistki.
Przechadzając się alejką zdobioną  barwnym kwieciem i dorodnymi drzewami ciągle sądziła, iż ktoś ją śledzi. Dziwne uczucie wywiercało ucisk na żołądku i muśnięcie chłodu na aksamitnej skórze. Co dwa kroki odwracała się na pięcie i dokładnie badawczym wzrokiem ilustrowała miejsce. Oczywiście w celu znalezienia rzekomego osobnika... Jednak nic  oprócz pożółkniałych dywanów stworzonych z liści nie wypatrzyła. Przełknęła ślinę przyśpieszając chód, podobnie zresztą postąpił jej puls - również dodał tempa. Na szczęście z oddali było można dostrzec już zarys wysokiego, bo składającego się z czterech pięter budynku szkoły. Na blade usteczka kasztanowowłosej wcisnęło się troszeczkę ulgi. Coś na kształt praktycznie nie zauważalnego uśmieszku. Może i nawet nieco wymuszonego. Chyba po raz pierwszy Majka składała ręce w modlitewnym geście, który miał być oznaką podzięki dla Ojca Niebieskiego za to, że na jej polu widzenia pojawiło się liceum. Doprawdy dziwne, a nawet i bardzo.
      Przekraczając próg szkoły mimika jej twarzy ponownie stworzyła poważny grymas pomieszany z nutą smutku. Witamy w piekle...
- Byle do czternastej. - mruknęła wyciągając z szafki potrzebne do zajęć książki oraz zeszyty.
I tak udała się do klasy. Pierwsza lekcja do biologia. Jak na złość Maja musiała dzielić ławkę z "klasową pięknością" - Amber. Była to szczupła, zgrabna istotka ze sporym biustem i kompletną pustką w blond główce. Ubytki intelektualne próbowała zastąpić makijażem. Mocne, ciemne kreski podkreślające błękit oczu, cienie na powiekach w zwariowanych żywych barwach, czarna kredka na dolnej linii wodnej, podkład o przynajmniej ton za ciemny, usta wypełnione kwasem i umalowane na odcień malinowego różu zupełnie jak i policzki, na których gościł jeszcze  tygodniowy zapas pudru. Swoją drogą pewną ciekawość  budziła w nastolatce... Mianowicie czy nie stojąc przy grzejniku plastikowa tekstura blondynki nie zacznie się po prostu topić... Bowiem tworzywa sztuczne mają takową właściwość.
      Wskazówka na zegarze wskazała punktualnie godzinę czternastą. W sumie minęło to jak z bicza strzelił. W pełni uradowana Maja wybiegła ze szkoły niestety potykając się tuż przy wyjściu. Mimowolnie przymknęła kurczowo powieki oraz szczękę. Pewna była bliskiego spotkania z twardym podłożem, gdy poczuła czyjeśc silne, lecz zimne ramiona. Zdezorientowana otwarła oczy, które szybko nabrały w sobie szczere zaszokowanie. Już nie sam fakt, iż ktoś poraczył się pomóc dziewczynie, ale właśnie ten ktoś... Wysoki, kruczowłosy młodzieniec o pięknej, mlecznej cerze. Brunetka niemalże natychmiast odpłynęła w głębi jego spojrzenia. Był w nich nawarty jakiś magnetyzm... Źrenic nie było można wyszczególnić, gdyż zbyt zlewały się one z czernią tęczówek.
- J-j dzi-dzię-dziękuję. - wydukała po chwili, ale wtedy sobie właśnie zdała sprawę, że stoi na równych nogach, a po tajemniczym nieznajomym nie zostało już nic...

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Przywitanie + prolog "(nad)zwyczajna"

  Hej!

 Chciałabym powitać Cię na moim blogu. Nazywam się Jessica. Mam czternaście lat i chodzę do drugiej klasy gimnazjum. Od jakiegoś czasu piszę opowiadania. Jest to forma, przy której mogę odetchnąć i przelać wszystkie emocje (nawet te złe) na papier. Do założenia bloga zachęciła mnie moja koleżanka z klasy. Mam nadzieję, że nie znudzisz się szybko i pozostawisz po Sobie jakiś ślad :) Nie przedłużając zachęcam do czytania prologu. Dość krótkiego, ale to tak tylko na rozgrzewkę! :D 
      


       PROLOG - "(NAD)ZWYCZAJNA"



       Mleczna łuna okalała owalną twarzyczkę nastoletniej panienki, która stąpała zziębniętymi stopami po soczyście zielonej trawie. Jej duże oczęta z czekoladową barwą tęczówek wydawałby się być jakby puste... Zupełnie bez jakiegokolwiek tchnienia.  Łagodny wiatr rozwiewał aksamitne, kasztanowe włosy dziewczyny. Ciemność, błoga ciemność okryta nutką jesiennego zapachu... To było coś, co wręcz zapierało dech w piersiach. Nad tym krajobrazem panowała pewna magia, dosłownie... Brunetka czuła się jak małe dziecko w ciepłych, serdecznych ramionach ukochanej matki, jak baranek, który odłączając się od stada w ogóle niczego nie stracił. Przymknęła powieki i dała się ponieść chwili. Do jej nozdrzy wdarła się woń owoców i przekwitniętych kwiatów. Westchnęła cichuteńko. W jednym momencie cisza przerodziła się w donośny krzyk. Ktoś usilnie wypowiadał imię niewiasty... Głębokie przerażenie ogarnęło ciało długowłosej. Kompletny paraliż. Chciała uciekać, ale nie potrafiła wykonać najmniejszego ruchu. Mowa również została jej odjęta, zupełnie jakby zamieniła się rolami z niemową pokrzywdzonym przez srogi los. Wtem zza krzaka jakby z procy wyskoczyła postać w smolistym płaszczu z kapturem. Nikt nawet najlepszy detektyw nie mógłby wytropić jej tożsamości... Bowiem sylwetka zniekształcona, buzia i głowa okryte. Przerażający widok... Coś na kształt najgorszych bohaterów filmów grozy. Brr... Oddech panny stał się nierównomierny, puls zaś podwyższył się. Bicie serca nawet z większej odległości było słyszalne. Gorąca, bordowa krew huczała w skroniach. Nie wiedziała co ją czeka. W duchu jednak wygłaszała modlitwy do Dobrego Ojca by w razie czego mogła zostać Jego służbą. Śnieżne skrzydła, długa również jasna szata przeszyta złotymi  nićmi. Tak właśnie sobie wyobrażała tych, który zaznali zbawienia i w Królestwie beztrosko zasiadają na tronach wysokich wśród tych Najważniejszych. Zanim się zorientowała jej przegub trwał w cholernym uścisku. W mgnieniu oka skóra zmieniła odcień na malinowy...
      - Maja, wstawaj! - po małym aczkolwiek przestronnym pomieszczeniu rozległ się piskliwy głos tęgiej, piegatej kobiety.
Biada tej mężatce... W sposób bezczelny wyrywać własne dziecko ze wspaniałej krainy Morfeusza? Osobiście uważam, iż takie czyny powinny być karalne. Nie dość, że na zegarku dopiero co wybiła godzina szósta piętnaście to jeszcze na kalendarzu wyraźnie widniał  nieszczęsny napis - poniedziałek. Oczywiście jak można się domyślić znienawidzony przynajmniej przez większość ludzi dzień tygodnia.
        Dziewczyna leniwie uniosła ciężkie, zaspane powieki ku górze. Zamrugała razy kilkanaście aby uzyskać ostrość widzenia. Po dłuższej chwili bezsensowego ilustrowania bieli sufitu przeniosła się do siadu, a następnie zsunęła nogi na chłodne panele. Wzdrygnęła się lekko i szybko udała się do toalety. Tam zażyła odświeżający prysznic. Pod wpływem letnich kropelek wody rozproszonych na zgrabnym ciele młodej kobiety poczuła ogromną ulgę. Jakby wszystkie kłopoty i zmartwienia odeszły. Czaszka wyprana z napływu zbędnych myśli... Cóż w sumie to i nawet dobrze. Nastolatka szybko uwinęła się z pozostałymi czynnościami nasiąkniętymi rutyną, czyli wysuszyła i ułożyła włosy oraz odziała się. Tego dnia postawiła na elegancję. Biała koszula podwinięta do łokci, która włożona była do kraciastych, czerwonych spodni. Na nogi wsunęła jeszcze ciemne botki na lekkim obcasie i była gotowa do wyjścia na przystanek autobusowy, gdyż droga do szkoły pieszo zajęła by jej coś około godziny. Rzuciła jeszcze magnetycznym spojrzeniem na swoje odbicie w zwierciadle. Naturalna twarz, bez grama makijażu. Jednak nawet go nie potrzebowała. Kaskada gęstych rzęs podwinięta do góry, rumiane policzki i praktycznie nie widoczne piegi w okolicach małego noska. Swój wygląd oceniała na pozytywną ocenę. Krótki uśmiech wdarł się na pełne usta brunetki.
       Schodziła po krętych schodach z torbą przewieszoną przez ramie. Jej żołądek wyraźnie domagał się jedzenia. Oczywiście sprawy nie ułatwiał osiadający się w powietrzu zapach gorących naleśników z dżemem wiśniowym. Ślinka aż sama leciała. Sprężyła się więc. Nie minęła minuta i już pałaszowała słodkie śniadanie mistrzów. Wychwalając przy tym sprawczynie tej jakże wybitnej uczty, a mianowicie swoją mamę. Ta tylko głaskała jej główkę jakby wciąż była malutką zagubioną dziewczynką. Zmarszczyła jednak krzaczaste brwi, gdy ujrzała jeden z nadgarstków córki.
- Majka?! Co ty masz na lewej rączce?
Panienka odetchnęła głęboko błądząc żałośnie po czerwonym zabarwieniu na przegubie. Przypomniała się jej dzisiejsza noc.
- To nic, pewnie się gdzieś uderzyłam. - przygaszonym tonem odparła matce i zaraz potem zerwała się z miejsca.
Wyszła z domu trzaskając dębowymi drzwiami pozostawiając rodziców w kompletnym osłupieniu.
- Steven... Chyba to przez nas... Pamiętasz naszą umowę szesnaście lat temu? - starsza kobieta pełna pogardy do siebie mówiła przez słone morze łez.
- T-t-to już niedługo nastąpi... Dokładnie w jej urodziny. Nie. Nie potrafię pojąć, iż poświęciliśmy własne dziecko... Anno, byliśmy tacy głupi, ach dlaczego nie możemy cofnąć czasu?! - i tak zaczęły się żałosne łkania dwójki dorosłych ludzi.